Per Saecula

GRUPA ODTWÓRSTWA HISTORYCZNEGO

O Dniach Grunwaldu 10-15 VII 2012

Dodano dnia 16 lipca 2012

20120711086Nadszedł lipiec i czas, aby po raz kolejny przeciwstawić się potędze Zakonu. Wyruszyliśmy zatem w drogę. Część Per Saecula dotarła we wtorek 10 lipca, a część w środę 11. Rozstawiliśmy się jak zwykle w obozie Artystów i Kuglarzy, znanych też jako Sadyści i Dekarze, Hobbyści i Bałaganiarze i tak dalej,   długo by jeszcze wymieniać. W tym roku postanowiłem zostawić w domu trochę ciepłych ciuchów i nie brać ze sobą na przykład płaszcza. Jak okazało się był to błąd. Teraz wiem, że należy się wyposażyć w te dodatkowe szmaty, które jak widać sterują pogodą. Doublet dobrej pogody działał. Płaszcz gorąca jak już wiemy został w domu, a patynki suszy nie powstały jeszcze. Ostatnie to bardzo potężny artefakt. Kiedy powstaną nad Grunwaldem zaświeci słońce i niechętnie będzie oddawać miejsce nocy, a susza będzie tak wielka, że w ziemi otworzą się metrowe szczeliny.

Wracając jednak do relacji, pisałem już, że mieliśmy okazję brać udział na razie w najchłodniejszych Dniach Grunwaldu.  Deszczyk nas polewał co jakiś czas w dzień, a jedna burza chciała zabrać wiatę, czyli nasz salon. Nie oddaliśmy ani kawałka obozu wiatrom i wodzie lecącej z niebios. Trochę brakowało światła i ciepła z roku 2010. Za to prysznic z ciepłą wodą pozostał taki do samego końca i nic się nie psuło w tym roku. Podczas pochmurnych dni nie było krzywdą spędzać godziny na przygotowywaniu posiłku, szyciu i innych zajęciach, na które nie starcza ochoty i czasu w innych okolicznościach. Dzięki częstszemu przebywaniu w obozie, zauważyliśmy, że mamy tam sporo piszczących sublokatorów. Myszki biegały nawet w dzień. Małe buro-szare popiskujące kuleczki,w poszukiwaniu jedzenia, podziurawiły obozowiczom różne rzeczy.

W naszym namiocie opracowały jedną torbę płócienną, która była nowiutka i dostaliśmy przykaz, żeby ją położyć tak, aby się nie wybrudziła. Oprócz myszy w dużej liczbie pojawiły się bociany. Latały nad obozowiskiem stadem liczącym pomiędzy 40 a 50 sztuk. Nasza Halimama za każdym razem je liczyła, kiedy majestatycznie przemierzały nieboskłon.

Wracając jednak do nas, to nie udało nam się w tym roku zorganizować typowo kuglarskich działań. Zabrakło trochę pomysłów, ludzi i chęci, ale to nie oznacza, że muzyka i inne artystyczne dokonania nie towarzyszyły nam na terenie obozów grunwaldzkich.

Tradycyjnie byliśmy uczestnikami inscenizacji w sobotę. Po raz drugi jako obsługa techniczna pola. Chyba wioska, którą palili Krzyżacy odeszła do przeszłości. Tym razem ustawialiśmy manekiny, które rozjeżdżała konnica.

Przed jeźdźcami, często przewracał je wiatr i mocowano kukły coraz bardziej przyciskając snopkami i wiążąc szaty, aż w końcu wyglądały jak… tak jak wyglądały. Jeździliśmy wozami taborowymi dla artylerii udając konie. Zanim jednak wyruszyliśmy, spadł deszcz i znaleźliśmy schronienie pod drewnianymi burtami husytowozów. Tradycyjnie ściągnęliśmy ciało Wielkiego Mistrza Ulricha von Jungingena, zwanego Wielkim Misiem, z pola. Gdy podnosiliśmy go na nosze i na wozie przed królem Władysławem Jagiełłą nie dawał znaków życia, ale w drodze do obozu, ciało zaczynało ożywać i intonować pieśni w stylu „Krzyżacy nic się nie stało, Krzyżacy nic się nie stało itd”. Widać aura Euro wskrzesiła ducha w ciele Wielkiego Mistrza. Ze swojej strony dodam, że póki sił starczy, zawsze chętnie będę podnosił ciało i transportował Ulricha do kaplicy w jego obozie wraz z wesołym zakładem pogrzebowym ” Z nami będzie Ci łatwiej umrzeć”.

Nasz karawan może i przeżarty przez korniki i trzęsie na wybojach, ale jest obsługiwany przez wykwalifikowaną ekipę, która nie zgubiła jeszcze żadnego ciała, a tym bardziej ciała i głowy Zakonu (sic). Zaraz niech pomyślę o 2011 roku, tego ten… coś tu niewyraźnie, tego… no … oj tam, oj tam!

Po zmaganiach przyszedł czas na pojednanie, na uczcie przy stołach suto zastawionych mięsiwem. Jedynie napój, który spożywaliśmy mimo swojego dobrego koloru, przynosił na myśl coś niepokojącego. Wieczór był coraz spokojniejszy i chociaż wiatr nie ucichł nawet dnia następnego, to obyło się bez deszczu, a  Remik odebrał „nowe szaty króla” i zaprezentował się na uczcie.

Na następny rok przybędziemy wraz ze strojami zimowymi więc jak ktoś chce spędzić kilka ciepłych dni w Polsce, niech wybierze się w okolice Grunwaldu, tam przewidywane są upały.

Szymon Kukla


Komentarze

Jedna odpowiedź do wpisu “O Dniach Grunwaldu 10-15 VII 2012”

  1. Ali napisał(a):

    My chcieć zdjęcia ! MY CHCIEĆ ! 😀

Zostaw odpowiedź

Działa na silniku WordPress | Skórka The Cloisters, tłumaczenie: PL Skórki Wordpress | Kanał RSS - wpisy  RSS - komentarze